Ballada o takich tam prezesach

Żyli jak bracia, prezes z prezesem,

Jeden w Warszawie, drugi w Krakowie

niejeden burdel ich interesem,

nie jeden burdel mieli na głowie.

 

Prezes z Warszawy miał wielkie władze,

Prezes z Krakowa pancerne jaje,

Jeden był szefem w centralnej nawie,

Drugi w bocznej został buhajem.

 

I żyło im się wspólnie i miło …

Ale ich nakrył Kittel niewąski

I politycznie tak się zrobiło,

że albo Bródno, albo Powązki.

 

Prezes z Warszawy, w cieniu meliny

Mocno przytulił Krakusa,

obiecał puścić w niepamięć winy.

dał mafijnego całusa.

 

Krakus nie zaląkł się Warszawiaka,

Bo on pancerny był Maniek

I wyszła z Mańka łachudra taka,

Zwykłym okazał się draniem.

 

Jak się złapali za łby prezesy,

Zadrżała armia pisowska,

Suwerenowi w pale nie mieści

Się, że taka władza dziadowska.

 

To jest ballada o dwóch prezesach,

Co im się we łbach zdawało

że przekupili Pana w niebiesiach,

a dali nie tam i mało.

 

I tera idą oba pod rękę

Do politycznej mogiły.

Za twarde byli, albo za miękkie

Na cyrk, co razem stworzyli.

 

Adam Czejgis.

Please follow and like us:
error

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *