Rok czwarty

Na początek kawałek prywaty. Od jedenastu lat choruję onkologicznie, w poniedziałek rozpoczynam czwartą już chemioterapię. Pierwszy kurs jest najważniejszy, nigdy nie wiadomo, jak organizm na nowy lek zareaguje. Mam szczęście, ale wyżej kroplówki nie podskoczę.

W grudniu 2015 roku dwa dni po „chemii” pojechałem do Warszawy na pierwszą demonstracje KOD-u i się nie przeziębiłem i przeżyłem.

I najpierw KOD, później Wolne Miasto Płock przez te lata to był mój drugi równoległy Świat, Świat wartości, przyjaźni, poświęcenia, uczciwości. Świat, który nie dał mi się załamać, nie dał mi zwariować. Przez te wszystkie lata, mimo wielu bolesnych zawodów, nigdy nie żałowałem swojego zaangażowania i nigdy nie wątpiłem w zwycięstwo. Dzisiaj, kiedy to zwycięstwo jest na wyciągnięcie ręki, mam coraz więcej wątpliwości. I choć nadal jestem przekonany, że Zło niszczące nasz kraj przegra i odejdzie w niesławie, to równocześnie coraz bardziej obawiam się, że wkrótce ze zdwojoną siłą powróci.

Ludzie ulicznej opozycji, moi koledzy, moje koleżanki, którzy przez lata walczyli z dyktaturą, równocześnie wieszali też psy na opozycyjnych partiach politycznych – za to, że każdy sobie, że przeciw sobie, że się nie jednoczą. A teraz ci sami wojownicy kiedy jest szansa na wielkie zwycięstwo, nie potrafią już ze sobą rozmawiać, zamykają się w jakieś towarzyskie grupki, siadają na kanapy wczorajszej chwały i knują przeciw dawnym i obecnym kolegom. I raz na dwa tygodnie, raz na tydzień, demonstrują uparcie coraz ciszej, coraz mniej zauważalnie, w coraz to mniejszej liczbie coraz to mniej lubiących się nawzajem ludzi.

Ignorowanie faktów to wybiórczość. Zastępowanie faktów przez przekonania to głupota. Zakłamywanie faktów to nieprzyzwoitość, a jeśli czyni się to w złej woli, jeśli dla szkody…. to już jest łajdactwo. Wszystkie te przykłady i inne żonglowanie prawdą z lubością przypisujemy tym „złym politykom”. A sami, po cichu lub głośno, prawie wszyscy na co dzień w naszych małych ojczyznach, wśród współpracowników, wśród kolegów i w rodzinach taką to nie całkiem przyzwoitą politykę uprawiamy.

Proszę, wybaczcie mi te mentorskie tony, te czarne myśli, te wątpliwości… I tak Was wszystkich kocham i szanuję… bo rzeczy sedno w proporcjach, a te mimo wszystko bardziej na Jasność wskazują.

Bo jeśli uczciwie zdefiniowaliśmy cel naszego działania, jeśli uczciwie nakreśliliśmy drogę i sposoby jej przebycia i jeśli uczciwie przedstawiliśmy sobie ryzyka… to do boju! Ale jeśli nasza działalność stawałaby się z dnia na dzień w większości grą pozorów, to ja wysiadam. Sprawy są zbyt ważne dla mnie i czas mam mocno ograniczony. W tropikach takie działania na pół gwizdka nazywaliśmy cieniowaniem. Cieniowanie jest miłe, bezpieczne i przeważnie niedrogie – było nie było, część zadań wykonanych, sumienie czyste – ale dla mnie to zawsze było i jest nadal głównie stratą czasu.

Nie wolno nam od nikogo z naszych kolegów, koleżanek wymagać poświęceń, wymagać bohaterstwa. Musimy rozumieć ich naturalne ludzkie obawy o bezpieczeństwo (również finansowe) własne i swojej rodziny. Powiedzcie mi tylko, jak mam potraktować nieukrywany strach, nieukrywaną nieufność części koleżeństwa przed tym ryzykiem, o którym doskonale wiedzą, że w tej chwili go nie ma. Niech mi ktoś powie, jaka jest szansa, że w razie prawdziwych kłopotów, będą oni w stanie zaryzykować dla kolegi choćby własne samopoczucie tylko.

Nie chcę być złym prorokiem, ale wiem, że najtrudniejsze dopiero przed nami. I albo podniesiemy głowy i zwyciężymy, albo opuśćmy oczy i idźmy do ogródka albo na kawę, lub piwo ze złudną nadzieją, że to Złe tam nas nie dopadnie.

Wpis ten jest gorzki, wpis ten jest o burzliwych dyskusjach naszych, w których święte, bo własne, racje zastępują racjonalne argumenty. I przede wszystkim ten wpis jest o najskuteczniejszej broni prezesa „podłej zmiany” – o strachu, o strachu przed niepoznanym, strachu przed nowym, przed innym, o strachu na wszelki wypadek, o strachu, na który my tak oświeceni demokraci mieliśmy być odporni. A okazało się, że nie dość, że nie jesteśmy, to jeszcze straszymy się nim nawzajem. Po co to robimy? Po co? Kiedyś się lubiliśmy, kiedyś się szanowaliśmy. Czy tak bardzo zmieniliśmy się, że dzisiaj albo się na siebie boczymy i mamy głównie za złe, często sami już tak naprawdę nie pamiętając, dlaczego.

Żegnam się z Szanownym Państwem z żalem i co złego, to Ja.

Adam Czejgis.

Please follow and like us:
error

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *